Cmentarz Hutniczy w Gliwicach  dokumentacja

Dokumenty Gustav Scharff

 

  

 

Oberbergamt zu Breslau. Akta osobowe Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu 

OBB 774–200464, Archiwum Państwowe w Katowicach

 

   Urodziłem się 7-go lutego 1817 roku w Merseburg´u. Rodzice przeprowadzili się gdy miałem chyba roczek, do Dürrenberg´a, gdzie mój ojciec wziął w dzierżawę królewskie dobra. Tu przez kilka lat u domowego nauczyciela pobierałem moje pierwsze nauki razem z moim rodzeństwem oraz dziećmi z pewnej innej rodziny. Po odejściu owego nauczyciela ojciec oddał mnie w ręce równie zacnego i uczonego duchownego w saksońskiej wsi Aueritz. Przez 4 lata pozostałem w Aueritz, gdzie nauczyłem się podstaw języków starożytnych i trochę francuskiego, po czym poszedłem w jednym czasie z moim starszym bratem do gimnazjum w Merseburg´u.

   Kiedy osiągnąłem wiek, w którym konieczne było zdecydować się na konkretny zawód, postanowiłem, uwzględniając moje niedostateczne zdolności umysłowe i ograniczone możliwości majątkowe moich rodziców, wyuczyć się w dziedzinie handlu, by ewentualnie móc później pomóc mojemu ojcu. Niestety, co mnie dopiero teraz przygnębia, w merseburskim gimnazjum ukończyłem tylko 2 klasy. By więc osiągnąć zamierzony cel, przeniosłem się w połowie roku 1832 do Lipska, by uczęszczać do tamtejszej, dopiero co powołanej do życia szkoły handlowej. Muszę tu otwarcie przyznać, że w okresie uczęszczania do tej szkoły odczuwałem potworną niechęć do wszystkiego, co się kryje pod pojęciami „interes“, „handel“ i tym podobnym, i zamierzałem to opierające się mojej naturze zajęcie najszybciej, jak to możliwe, porzucić. Okoliczności ku temu były o tyle sprzyjające, że mój starszy brat wstąpił w owym czasie na Uniwersytet w Lipsku, by studiować nauki przyrodnicze, a jeden z krewnych, szef znaczącej fabryki chemicznej, robił mi nadzieję na przyszłe zatrudnienie. Stąd postanowiłem studiować chemię, co odpowiadało również poglądowi mojego ojca. By więc skorzystać z wszystkich dobrodziejstw, jakimi cieszą się studenci, a głównie ze swobodnego dostępu do wykładów, zdałem w lipskiej szkole św. Mikołaja swego rodzaju egzamin maturalny, który oczywiście, co łatwo stwierdzić, wypadł dla mnie mizernie, niedostatecznie i mało chwalebnie; jednakże umożliwiło mi to wpis na listę studentów, a więcej w owym czasie nie zamierzałem. W semestrze letnim 1833 zameldowałem się na uczelni w Lipsku i z miejsca zabrałem się z ochotą i zamiłowaniem do dzieła, musiałem jednak z tych wykładów zrezygnować, ponieważ zbyt dużo wymagano i nie nadążałem z wyższą algebrą. Dużym pożytkiem dla mnie była okoliczność, że mój brat został pod koniec pierwszego semestru pomocnikiem u prof. Erdmann´a, dzięki czemu również ja otrzymałem możliwość, by większą część czasu spędzać w świetnie wyposażonym laboratorium, znajdującym się w tzw. Pleissenburg´u. W Lipsku pozostałem dwa lata. Chętnie przeniósłbym się  na rok do Berlina, by się dalej kształcić, ale nie pozwalał na to stan majątkowy moich rodziców i musiałem się zadowolić miastem Jena, którą – z powodu słynnego  Döberrenerra – wolałem od Halle. W Jenie uczęszczałem na mineralogię i diagnostykę u Succow´a, na botanikę u Koch´a oraz pracowałem w laboratorium profesora Doberreiner´a, gdzie analizy rud platyny, które laboranci wykonywali zazwyczaj rzadko, stały się moim głównym zajęciem.

   W roku 183? kilku ekonomów, a wśród nich również mój ojciec, postanowiło założyć fabrykę cukru z buraków; mnie przeznaczono do wykonania tego zadania, co przyjąłem z radością, gdyż obiecywałem sobie z tego w przyszłości dobry interes (złote góry). Poprzednio odwiedziłem tego typu fabryki w Czechach, gdzie produkcja cukru z buraków w owym czasie kwitła, i przebywałem dłuższy czas w fabryce księcia Oettingen-Wallenstein w Königsaal (Zbraslav) koło Pragi, która kierowana była przez Pana Koddweiss´a, by w praktyce poznać całą produkcję od początku do końca. Kiedy osiągnąłem ten cel, założyłem fabrykę cukru w Dürrenberg´u (o rocznej zdolności przeróbkowej 25.000 ??? buraków) i kierowałem nią przez pierwszą zimę. Jakkolwiek nie można tego przedsięwzięcia uznać jako nieudanego, i to pomimo znacznych trudności, które trzeba było na początku pokonać (przyuczenie ludzi, obsługa nowych urządzeń, duża zawartość soli w burakach), to jednak wystąpiły trudności natury rodzinnej i inne niesprzyjające okoliczności, których nie mogę tu wytłumaczyć i którym w najmniejszym stopniu nie byłem winny, które doprowadziły cały interes do takiego chaosu, że odrzucałem nawet korzystne oferty, które – co dopiero teraz rozumiem – chyba niewłaściwie sprawdzałem. 

   Od października 1837 do tego samego miesiąca roku 1838 odsłużyłem w Halle moją służbę wojskową jako roczny ochotnik i pojechałem potem na Górny Śląsk. Moją dalszą sytuację życiową mogę uznać jako wystarczająco znaną.

 

tłum. Staflik

 

 

 

 

 

gdyby był ktoś chętny do tłumaczenia to dysponuję plikami o większej rozdzielczości :)

 

 

 

 

www.malanowicz.eu